Jakie są skutki postu sokowego oraz wykorzystania w naszej diecie surowego jedzenia? W dzisiejszym odcinku swoją historią podzieli się Alicja, która na co dzień inspiruje wiele osób do surowego jedzenia oraz picia soków, a dodatkowo zajmuje się irydologią. Porozmawiamy o tym, co zrobić, aby przekonać się do surowego jedzenia oraz picia soków.
W tym odcinku dowiesz się:
- o wielkiej transformacji Alicji do zdrowego stylu życia;
- zajadaniu emocji;
- jak jedzenie wpływa na życie codzienne;
- jak zacząć jeść surowe jedzenie oraz pić soki
- czym jest post sokowy.
Zapraszam Cię do wysłuchania podcasty, jeśli chcesz rozpocząć swoją przygodę z surowym jedzeniem, ale nie wiesz jak to zrobić.
Instagram Alicji: https://www.instagram.com/surowo.mi/
Transkrypcja podcastu:
Aga: Witajcie w podcaście Akademia Kundalini Jogi z Agą. Dzisiejszym gościem specjalnym jest Alicja Maziarz, która prowadzi konto na Instagramie Surowo Mi. Alicja inspiruje nas do surowego jedzenia, do postów sokowych i też zajmuje się irydologią. Witam cię, Alicjo, bardzo się cieszę, że zgodziłaś się dzisiaj spotkać z nami i porozmawiać.
Dieta surowa jako droga do samoakceptacji
Alicja: Dzień dobry, witajcie, witaj Aguś, bardzo serdecznie wszystkich witam, dziękuję za zaproszenie, jest mi niezmiernie miło i cieszę się, że będę mogła opowiedzieć swoją historię w wielkim skrócie, gdyż czasem, jak się rozgadam, to schodzi troszeczkę dłużej, a tutaj postaram się, aby to było naprawdę szybciutko, ale wszystkie najważniejsze informacje i takie cenne dla Was chciałabym przekazać.
Aga: No właśnie, bo ja to dzisiejsze spotkanie zorganizowałam dlatego, że tyle osób już zainspirowałaś i wiem, że cały czas inspirujesz, zresztą jesteś też moją inspiracją do surowego jedzenia, do picia soków. Często sobie oglądam twoje konto i tak jakoś właśnie bardzo się motywuję. I właśnie, może zaczniemy od tego.
To nasze spotkanie dzisiaj jest o surowym jedzeniu, czy może o drodze do tego, jak dojść do surowego jedzenia, do picia soków i tak dalej. I może nam opowiesz, Alicjo, jak to było u ciebie, od czego to się zaczęło, że w ogóle zainteresowałaś się takim tematem?
Alicja: Dobrze. Moja droga do surowego odżywiania była dość długa, ponieważ ja od 13 lat byłam wegetarianką, więc spożywałam produkty odzwierzęce. Po tych 13 latach dorosłam do tego, że postanowiłam przejść na weganizm, ale nie czułam tego do końca z tego względu, że bardzo kombinowałam, jeśli chodzi o przygotowywanie posiłków, gdyż miałam w głowie te naleciałości takie, że trzeba jeść odpowiednią ilość właśnie białka, tłuszczy, węglowodanów, co, jak i z czym łączyć. Byłam bardzo radykalna w tym do takiego stopnia, że wszystkie moje posiłki ważyłam, sprawdzałam ilość białka, tak zwane makro, czy się zgadza.
Byłam osobą bardzo aktywną fizycznie, generalnie do tej pory jestem, ale bardzo dużo trenowałam na siłowni, to było po 5, po 6 treningów w ciągu tygodnia. A dlaczego tak robiłam? Ponieważ chciałam bardzo podobać się sobie i zaakceptować siebie taką, jaką jestem. I robiłam to, mimo że w środku byłam naprawdę rozwalona na milion kawałków ze względu na to, że w wieku 26 lat dostałam od lekarza diagnozę. Powiedział mi, że nigdy nie będę miała dzieci, że nigdy nie będę mamą i od tego tak naprawdę zaczęła się moja przygoda z próbą akceptacji siebie taką, jaką jestem, nadrabiając to właśnie wyglądem zewnętrznym. Czyli doskonała figura, doskonały wygląd, treningi na siłowni, mierzenie się, ważenie, czy aby na pewno wszystko się zgadza, odmierzanie właśnie posiłków.
To była taka moja ucieczka, taka moja w pewnym sensie trochę medytacja, czyli pójście na tę siłownię, założenie słuchawek, puszczenie sobie muzyki, po prostu bycie samą ze sobą. Było to dla mnie bardzo ciężkie. Teraz mówię o tym jakby szczerze i otwarcie i nie mam z tym najmniejszego problemu, ale pewnie jakieś 3-4 lata temu nie byłabym w stanie tutaj z tobą, Aguś, siedzieć i o tym wszystkim opowiadać, ponieważ na samą myśl o tym, że jestem kobietą, która nie będzie posiadała potomstwa – bo lekarz powiedział, że nigdy tego nie będzie miała, powodował u mnie ogromny stres, łzy. Mogę szczerze powiedzieć, mimo że nigdy nie korzystałam z żadnej pomocy psychologicznej, że miałam depresję. Trwała ona pewnie około dwóch lat, do takiego stopnia, że nie potrafiłam i nie chciałam nawet spotykać się ze znajomymi, wychodzić z domu, ponieważ wiązało się to z komentarzami dla nich śmiesznymi, na zasadzie: „Na co czekacie?”, „Czemu jeszcze nie macie dzieci?”, do mojego męża, że nauczą go, jak te dzieci robić.
I to było dla mnie bardzo, bardzo przykre i po prostu stwierdziłam, że nie mam ochoty tego słuchać. Stąd też zamknęłam się w domu, zaczęłam spędzać czas ze sobą. Ale to nie pomagało mi w żadnym stopniu. Nawet jak patrzyłam na siebie w lusterku, to po prostu w pewnym momencie znienawidziłam siebie, czułam się bardzo wybrakowana, nie czułam się kompletnie kobieco, unikałam w ogóle jakichś bliższych relacji z moim mężem, ponieważ wydawało mi się, że jestem mało atrakcyjna, że prawdziwa kobieta to musi dać dziecko, bo inaczej nie może być akceptowana przez środowisko.
I wszystko tak naprawdę zmieniło się właśnie, kiedy zaczęłam pracę nad sobą, kiedy w pewnym momencie usiadłam po prostu, jeszcze nie mając nawet maty do jogi w pokoju, zamknęłam oczy i po prostu popłakałam się i mówię: Przecież tak nie może wyglądać całe moje życie, dlaczego się tak dzieje? Zadałam sobie właśnie takie pytanie, czego to ma mnie nauczyć? I moja przygoda tak naprawdę zaczęła się właśnie od jogi kundalini i to dzięki tobie, Aguś, bo pierwsze lekcje, pierwsze krije zrobiłam właśnie z tobą, i razem z tym popłynęła właśnie zmiana odżywiania – pierwszy post sokowy, który również zrobiłam pod twoją inspiracją. I on zmienił tak naprawdę całe moje życie.
Pierwszy post sokowy
Był to post sokowy, który trwał właśnie 11 dni, 12 dzień był zakończony suchym postem. W ciągu tego postu sokowego wydarzyło się tyle rzeczy w moim życiu, tyle sytuacji, z którymi poradziłam sobie, aż sama byłam zdziwiona, że tak. Między innymi chyba to był czwarty czy piąty dzień, miałam wypadek samochodowy, który ja spowodowałam. Na szczęście nikomu nic się nie stało, oprócz tego, że wybuchła mi poduszka, kurtyna, więc trochę miałam twarz poobijaną, ale nic więcej nikomu się nie stało. Ja do tego podeszłam z takim spokojem. Mówię: ok, tak miało być, to jest jakaś lekcja dla mnie, w ogóle się niczym nie przejmuj.
Potem, chyba po dwóch czy trzech dniach, mój teść wylądował w szpitalu, miał dość ciężki zabieg, w trakcie którego dostał krwotoku, leżał w śpiączce tydzień. To też było dla mnie takie ogromne przeżycie i jakby tego było mało, gdzie już sobie powtarzałam: dobra, nieszczęścia chodzą parami, już więcej nic złego się nie stanie – no to jeszcze niestety, ale stał się taki wypadek, że mój mąż niefortunnie przejechał po moim psie samochodem i niestety zabił go.
To był malutki piesek, który wszedł mu pod koło, on generalnie nie wiedział w ogóle, że ona tam stoi. No i takie nieszczęście się nam stało, a ja nie mając dzieci, traktowałam ją jako moje dziecko, ona była z nami 5 lat. Więc to było dla mnie ogromne przeżycie.
I to wszystko wydarzało się w ciągu tygodnia, w ciągu tego czasu, kiedy właśnie byłam na tym poście sokowym. Moje reakcje na te wszystkie sytuacje były dla mnie dziwne, że ja z taką pełną akceptacją i zrozumieniem do tego wszystkiego podeszłam. Także przetransformowało się u mnie bardzo dużo w czasie tego postu. I po wyjściu z niego już nie wróciłam w ogóle do gotowanego jedzenia, nie wróciłam do tej mojej starej mentalności, do ważenia posiłków, liczenia kalorii, odmierzania ilości, czy wszystkie produkty odpowiednio są do siebie dobrane, tylko zaczęłam jeść owoce i warzywa. I tak już zostałam.
Efekty postu sokowego
I powiem Wam, że to, co się podziało w moim życiu, to zmieniło mnie o 180 stopni. Czuję się, jakbym się narodziła na nowo, jakbym całkowicie zmieniła swoje życie. Czuję się cudownie w swoim ciele, nigdy tak dobrze się w nim nie czułam, nigdy tak bardzo siebie nie akceptowałam. Nigdy tak sama nie podobałam się sobie, mimo wiadomo, jakichś tam mankamentów, które każdy z nas ma. Ale ja je kocham, akceptuję i nie chcę kompletnie nic w sobie zmieniać.
Aga: A jak to właśnie było, ten pierwszy twój post? Bo tak teraz opowiadałaś, że tyle rzeczy się zdarzyło i do tego wszystkiego podeszłaś tak bardzo spokojnie. Jak myślisz, dlaczego tak akurat? Właśnie takie wibracje podczas tych soków?
Alicja: Tak, uważam i teraz też z doświadczenia wiem, że poprzez post sokowy różne emocje mogą z nas wychodzić, bo dajemy po prostu temu przestrzeń, ciału dajemy przestrzeń, żeby się oczyściło z toksyn. I automatycznie, kiedy oczyszczamy nasze ciało, to też oczyszcza się nasz umysł. I mi też dużo właśnie pomaga praktyka jogi kundalini, bo codziennie podczas postu oczywiście praktykowałam, nawet jeśli były te trudne sytuacje. Siadałam, zamykałam oczy i po prostu medytowałam nad wszystkim, co się stało, nawet jak właśnie stała się ta tragedia z moim psem, to pamiętam, że do ciebie napisałam i poprosiłam cię (bo nie pamiętałam wtedy, byłam też w takim stanie), czy mogłabyś mi podać nazwę tej mantry, która odprowadza duszę zmarłego z tego świata. I ja wtedy właśnie siadłam na macie i chyba przez 4 czy 5 dni po tym wydarzeniu siedziałam i sobie właśnie medytowałam, śpiewałam tę mantrę.
I chyba w trzecim dniu miałam taką wizję podczas właśnie medytacji, tego mojego pieska, który siedzi na chmurce i macha ogonem. I po prostu tak jakby zauważyłam, że ona jest szczęśliwa, że wszystko jest w porządku, żebym się w ogóle nie stresowała i nie denerwowała, że tak miało być. No i to mi dało taki wewnętrzny spokój, że spędziłam z nią piękny czas, no a teraz czas na zmiany, że muszę to po prostu zaakceptować, że ona zawsze jest ze mną.
No i oczywiście stało się tak, że po tygodniu pojechaliśmy po nowego pieska, a teraz już mam ich dwa. Czyli jestem mamą dla tych moich cudownych psów.
Ja zawsze byłam osobą bardzo czułą, bardzo reagowałam jak się komuś działo źle, zawsze wszystkim chciałam pomóc. Nadal oczywiście to robię, a siebie stawiałam na ostatnim miejscu. Czyli najpierw wszystkim zrobić dobrze, jak to się mówi, a dla mnie jak zostaną jakieś tam ochłapy, okruszki, to niech będzie.
Wiadomo, to jest ciągła praca, to nie jest tak, że ja się nie rozwijam, nie pracuję codziennie. Nie każdy dzień jest taki piękny i cudowny, różne emocje ze mnie wychodzą. Na postach sokowych raz jest lepiej, raz jest gorzej, nawet w takim życiu codziennym, ale wtedy wiem, że mam takie narzędzie właśnie, jak po prostu bycie samą ze sobą, gdzie uwielbiam ten czas spędzać. Tak naprawdę ja nie potrzebuję towarzystwa. Mam wiele koleżanek, które mówią do mnie: „Jak ty tak możesz, my idziemy na miasto, chcemy, żebyś z nami poszła”, a ty czasem pójdziesz, a czasem mówisz, że nie masz ochoty, bo wolisz sobie posiedzieć ze sobą czy poczytać jakąś fajną książkę. Czasem po prostu nie potrzebuję żadnego towarzystwa, bo sama ze sobą czuję się najlepiej. I wiem, że pokochałam siebie, to jest najważniejsze, że ja bardzo siebie pokochałam przez ten cały czas. I może dlatego uwielbiam teraz właśnie być sama ze sobą.
Kontrola nad sobą przez odżywianie
To surowe odżywianie, czyli ten żywy pokarm spowodował, że poczułam taką lekkość w moim ciele, poczułam taką lekkość właśnie w jelitach i jakby moja sylwetka też się zmieniła. Nie wiem, to jest ciężkie do opisania. Powiem Wam kochani, że to trzeba przeżyć tak naprawdę. Ja mogę to ubierać w jak najpiękniejsze słowa, tak samo, jak o poście sokowym mogę opowiadać, ale jeśli ktoś tego nie przeżył, to ja mogę tylko i wyłącznie zachęcić, mogę być inspiracją do tego, że naprawdę to jest coś wspaniałego.
Aga: A powiedz mi, Alicjo, czy miałaś jakieś takie ciężkie dni, takie, że czułaś, że nie wytrzymasz może albo że to już nie warto?
Alicja: Tak, oczywiście. Zdarzały się takie dni i pamiętam właśnie, jak miałyśmy tę grupę, tam dzieliłyśmy się każdym dniem, pisałyśmy, jak się która czuje i tak dalej, to pamiętam, że chyba właśnie czwarty czy piąty dzień to był u mnie taki krytyczny. W ogóle przyszły jakieś smaki takie i zapachy, i wizje pierogów ruskich mojej mamy, to tego nigdy nie zapomnę, bo ona robi najlepsze na świecie. Ja je bardzo lubiłam i taką miałam ochotę, żeby je wtedy zjeść! Ale właśnie wsparcie dziewczyn, twoje wsparcie, to, że mogłyśmy do siebie napisać, że mogłyśmy powiedzieć: słuchajcie, mam kryzys, jest gorzej. Ale to powoduje, że uwalniamy właśnie z siebie te wszystkie przekonania dotyczące jedzenia, te wszystkie właśnie przekonania dotyczące siebie. I dla mnie najpiękniejsze jest to, że przejmujemy kontrolę nad naszym umysłem, że to my decydujemy o tym, czy my zjemy, czy my się napijemy, czy my nie musimy zjeść ani nie musimy się napić, a nie umysł.
Nauczyłam się na przykład nie zajadać emocji, bo często mi się to jeszcze zdarzało, nawet gdy byłam na surowym odżywianiu, że jak miałam jakąś sytuację, że byłam bardzo szczęśliwa albo jakąś ciężką, to też sięgałam automatycznie na przykład czy po banana, czy po jabłko, za chwilę drugie. I wyłapałam to, że faktycznie jeszcze mam tutaj problem z tym.
Aga: Jak sobie z tym poradziłaś wtedy?
Alicja: Wyłapywałam to, że faktycznie tak robię. Oczywiście nie obwiniałam się, że coś takiego robię. Akceptowałam to i z każdym takim kolejnym wydarzeniem starałam się tę myśl wychwycić w głowie, zanim zaczęłam właśnie to tzw. kompulsywne objadanie się. Nie było to na zasadzie, że ja siadłam z miską chipsów i z czekoladą i jadłam, ale po prostu automatycznie, bez kontroli nad moim umysłem, sięgałam po jedzenie, na przykład jakiś owoc.
I to jest ciągła praca, bo nie mówię, że to całkowicie minęło. Ale już potrafię tę myśl wychwycić i jakby być przed nią, i zauważyć, że już mnie ciągnie, żeby coś zjeść. To wtedy na przykład siądę, pooddycham głęboko albo wyjdę do ogródka, posiedzę chwilę sama ze sobą i za chwilę to uczucie mija i widzę, że wcale nie potrzebowałam zjeść, bo byłam głodna, tylko to zadziałały właśnie moje emocje. I to jest taka praca, to są takie fajne doświadczenia, które każdego dnia tak naprawdę się zadziewają i rozwijają mnie coraz bardziej.
Odżywianie dzieci a żywy pokarm
Aga: A wiesz, tak teraz mi się przypomniało, że ten problem takiego zajadania emocji to się bierze już od takiego niemowlęcego czasu, kiedy my tak naprawdę robimy to samo z naszymi dziećmi, z niemowlętami. Nadal tak mamy robią. Ja też tak robiłam pewnie – że kiedy to dziecko płacze, to się mu daje zaraz jedzenie, pierś itd. I często też można to wychwycić. Bo wiadomo, że to maleństwo nie płacze zawsze dlatego, że jest głodne, tylko po prostu komunikuje swoje emocje. A jednak pierwszy taki nasz odruch jest, żeby uspokoić, to wtedy jest ta pierś. Więc kto wie, myślę, że ma to duży wpływ na nasz pierwszy taki odruch, że emocje to musimy coś zjeść, więc to jest niesamowite.
Alicja: Tak, dokładnie. Wiadomo, mamy robią to z miłości do dziecka, bo tak naprawdę dziecko nie powie czy po prostu płacze, bo go coś boli, czy płacze, żeby zwrócić na nie uwagę, a z reguły pewnie tak, wiadomo, od czasu do czasu jest głodne. Ale właśnie nasza rola jako mam jest taka, że my możemy pięknie to dziecko wprowadzić w ten świat odżywiania, bo takie małe dziecko zje wszystko, co się mu da. Jak ma dziecko dwa latka, to ono sobie samo nie pójdzie do sklepu, samo sobie nie ugotuje i nie zrobi. Więc, zamiast dawać mu gotowy jakiś serek homogenizowany i tak dalej, ugotujmy mu brokuła, dajmy mu do pogryzienia jabłuszko czy marchewkę – i ono takich wzorców się nauczy od maleńkości i taki cudowny, naprawdę, żywy pokarm przyjmie, więc wszystkie mamy zachęcam, żeby już tak świadomie do tego podejść. Tak, żeby to nie było na zasadzie – pójdę na łatwiznę i kupię w sklepie jakiś gotowy serek i dam dziecku, tylko żeby po prostu nie wiem, ugotowały na parze takiego brokuła, obrały jabłuszko i dały dziecku.
Aga: No właśnie, jak już mówimy o tym, bo twoja historia też podążyła do tego, że zrobiłaś kurs nauczycielski joga w ciąży, Mama-Baby Joga, a już wiemy, bo opowiedziałaś wcześniej, że to był jakby twój nawet taki bardzo delikatny punkt emocjonalny na pewno, jeżeli chodzi właśnie o ciążę. Jak to się stało, że w ogóle zdecydowałaś się na taki kurs i jak się czujesz po tym kursie? Czy to było jakieś dla ciebie rozwiązanie problemu? A może już wcale nie miałaś wtedy tego problemu? Jak to u ciebie było?
Alicja: Tak, tak, zdecydowałam się na ten kurs. Jak zobaczyłam, że go organizujesz, to nie miałam w ogóle zamysłu wtedy, na ten moment w głowie, że będę w ogóle uczyć i tak dalej. Poczułam, że chcę to zrobić dla siebie, że to będzie dla mnie cudowna lekcja, cudowna przygoda, że poznam przepiękne osoby – mamy, które podzielą się swoją historią, bo nasza grupa to była przepiękna grupa, gdzie naprawdę dziewczyny miały przeróżne historie, jeśli chodzi o ciążę, o porody. No i zdobyłam ogromnie dużo wiedzy takiej, jak przygotować się do ciąży, jak tę ciążę przejść, jak można pięknie urodzić. Tak naprawdę pierwszy raz na kursie usłyszałam o porodzie domowym, więc zawsze wiedziałam, że jak będę rodzić, to w domu, ale na przykład pierwszy raz usłyszałam o porodzie lotosowym, gdzie zakochałam się po prostu podczas opowiadania, i wiem, że i mój poród będzie wyglądał tak.
Bo ja już nie myślę, że ja nie będę mogła mieć dzieci, bo ktoś tak powiedział. Bo totalnie odpuściłam. Ja wiem, że to wszystko, co się wydarzyło, to było po to, żebym ja mogła się do tego macierzyństwa jak najlepiej przygotować i jak najlepiej przeżyć poród, narodziny, powitać moje dzieciątko na tym świecie. I to jest coś niesamowitego. Ja mam już wszystko zaplanowane od A do Z. Ja po prostu codziennie wizualizuję, jak ten poród będzie wyglądał. Ja codziennie sobie afirmuję, że ja zawsze byłam mamą, że ja zawsze miałam dzieci. Ja czuję to, jak mi rośnie brzuszek, jak to maleństwo się tam rozwija w tym brzuszku. I wiem właśnie, że mój poród będzie lotosowy, chcę, aby właśnie pępowina sama sobie odpadła jak uschnie, chcę jak najdłużej z dzieciaczkiem chodzić właśnie połączona, i wyczekuję tego, i po prostu żyję tym wszystkim do takiego stopnia, że ktoś jakby z boku to widział, to sobie pomyśli: jakaś wariatka chyba. Ale tak sobie to manifestuję już, że nawet biorę sobie telefon i udaję, że dzwonię do koleżanki i jej opowiadam, jak mi dzisiaj minął dzień, że gorzej się dzisiaj czułam itd., różne takie sobie historyjki wymyślam, bo wszystko to, czym żyjemy, powoduje, że to po prostu w odpowiednim czasie się zamanifestuje w naszym życiu. Dlatego ja czuję, że już jestem na to gotowa. Ja wiem, że już ta duszyczka gdzieś krąży i niedługo przyjdzie do mnie.
Ostatnio nawet właśnie koleżanka w poniedziałek robiła mi taką sesję Soul Body Fusion i miałam taką przepiękną wizję i uczucie w ciele, jakby przez głowę wszedł mi taki piękny promień światła, który zatrzymał się na brzuchu i on ułożył się w kształcie takiego śpiącego dzieciątka, i tak jakby położył się na dole na tym brzuchu. I to mi przyszło podczas tej sesji. Ja mówię: Matko, jakie to było wspaniałe uczucie!
A wracając jeszcze właśnie do theta healingu – też miałyśmy piękną sesję podczas tego kursu, gdzie łączyłyśmy się z naszym aniołem stróżem. I robiłyśmy to w parach, i ja robiłam to z uczestniczką z kursu. Nie znałyśmy się oczywiście wcześniej. Najpierw ja połączyłam się z jej aniołem stróżem, potem ona z moim aniołem stróżem i mi opowiadała, co widziała później. I to było też niesamowite, bo ona nie wiedziała, że ja w ogóle nie mam dzieci, że gdzieś, powiedzmy, jest taki problem (chociaż nie lubię tego słowa, bo wiem, że to tak nie jest, bo to my kreujemy naszą rzeczywistość i nie ma takiej opcji, żebym tych dzieciaczków nie miała). Ale wracając do tego: ona widziała tego mojego anioła stróża i ona mówi, że jest przepiękny, że ma wielkie, ogromne skrzydła, widziała, jak się nazywa, bo miał szarfę. I mówi: „Czekaj, czekaj, to jeszcze nie koniec! Widzę jeszcze jakieś istoty światła, które on woła, żeby przyszły!” Ja po prostu ciarki na całym ciele, już łzy w oczach i ona mówi: „Wiesz co, to są takie dwa malutkie aniołki, dziewczynka i chłopaczek. I nawet mają imiona, czekaj, zapytam się, jak mają na imię”. No i ona mi powiedziała imię tej dziewczynki i tego chłopczyka i od razu wiedziałam, że to są po prostu moje dzieci, które ten anioł stróż do siebie przyprowadził. Oczywiście, jak będę miała dzieci, to będą miały tak na imię. I powiem Wam, że to jest tyle znaków, ja to tak czuję, że to już do mnie przyszło, że to już jest na wyciągnięcie ręki, że to jest coś niesamowitego, ja tym tak żyję i ani przez sekundę nie straciłam wiary, że w ogóle może być kompletnie inaczej.
Aga: Ale się cieszę! To niesamowite, bardzo się cieszę! Nigdy się ze mną nie podzieliłaś tym! Wiem o tym tylko na tym etapie ostatnim, kiedy byłaś jeszcze podczas kursu, gdzie tak jakby wtedy zaakceptowałaś bardziej, że tak jest, a teraz się cieszę, że jest taki postęp i się już nie mogę doczekać!
Reakcja bliskich na zmiany w odżywianiu
Powiedz mi, Alicjo, wracając jeszcze do twojej całej transformacji. Czyli przeszłaś taką transformację, widzisz bardzo mocno połączenie. Czyli to nie było tylko dlatego, że zrobiłaś soki czy surowe jedzenie, ale właśnie to związane jest z jogą, z tymi wszystkimi rzeczami, które jakby połączyły się, prawda? Bo często osoby pytają mnie jak nasz partner na to i jak nasi bliscy? Czy twój mąż też był w takim procesie, czy jednak pozostał tam, gdzie jest i był? Jak to było?
Alicja: Nie, mój mąż jest wszystkożerny, łącznie z tym, że jada mięso. Na początku mojej ścieżki z surowym odżywianiem, kiedy czułam, jak się zmieniłam, jak moje myślenie się zmieniło, jak takie rzeczy, które kiedyś wydawały mi się nie do rozwiązania właśnie i trudne (bo w ogóle na surowym odżywianiu zmienia się myślenie, zmienia się nawet otoczenie, w którym przebywamy – ja na przykład zaczęłam przyciągać do siebie tylko osoby, które są weganami, a z biegiem czasu przechodzą w ogóle na surowe odżywianie; osoby, takie powiedzmy, stare znajomości, które gdzieś tam były, kompletnie mi odpadły – zmieniło mi się całkowicie towarzystwo, którym się otaczam, czyli przyciągam do siebie ludzi o takiej samej energii, z taką samą pasją – i to jest przepiękne, bo możemy się nawzajem rozwijać i inspirować). No i został ten mój mąż, który je wszystko. I na początku chciałam tak trochę na siłę, mówię: Przemuś, skosztuj i zobacz, jakie to jest dobre, a zjedz to, a napij się takiego soku i takiego! No i on to jadł, żeby mi chyba nie sprawić przykrości, no ale w pewnym momencie powiedział: „Słuchaj, Aleńko, mi to jednak tak nie smakuje, no wiesz, ja lubię to mięso, ja chcę jeść to mięso, no jak będę chciał, to Ci powiem, żebyś mi tak zrobiła”. No i mi tak było przykro, ale zauważyłam, że im bardziej na niego napierałam, tym większe były zgrzyty między nami. Więc stwierdziłam: odpuszczam. Ja mówię: dobrze, przecież każdy tutaj przyszedł na ten świat we wcieleniu, ma jakąś swoją drogę do przebycia, ma jakiś tam plan duszy – niech to sobie po prostu idzie tak, jak ma iść. I powiem Wam, że jak odpuściłam, no to znowu on się zaczął zmieniać – do takiego stopnia, że mięso jada, ale tak dwa, trzy razy w tygodniu, a kiedyś to było trzy razy dziennie. Jak się go pytam: „Co ci zrobić na obiad?” No to on oczywiście mówi: „No coś bez mięsa mi zrób, bo tak dobrze robisz bez mięsa, to mi zrób bez mięsa”. Sam mówi, że czasem jak zje mięso, to mu tak ciężko na jelitach i czuje, jakby mu coś tam zalegało.
Więc widzę, że on sam, obserwując mnie, moją energię i właśnie osoby, którymi się otaczam, sam jest bardzo ciekawy, bo on zawsze słucha, jak prowadzę jakieś live właśnie z osobami, które opowiadają swoją historię, to tylko siedzi i słucha. I mówi: o, ten fajną historię miał, a tamten miał fajną. Czasem sam prosi, jak nie mógł być i słuchać, żebym mu włączyła, bo chce sobie pooglądać. I tak fajnie się naprawdę inspiruje, i pije soki, bardzo lubi soki, zawsze mu wyciskam, przynajmniej te dwa dziennie chcę, żeby wypił.
On też oczywiście chce, no ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, że on mi dał przestrzeń. Pozwala mi na to, w ogóle się nie interesuje tym, co ja jem, jak jem, czy jem, czy jestem na sokach, czy mam suche okno. Wspiera mnie bardzo w tym wszystkim, dał mi przestrzeń do rozwoju, mam w nim naprawdę ogromne wsparcie, to jest bardzo fajne. I uzupełniamy się nawzajem. Bardzo często robimy zakupy, jeździmy razem na giełdę, pomaga mi, także jestem mu bardzo za to wdzięczna i codziennie mu to powtarzam. Nawet ostatnio było wesele jego siostry i właśnie tam wszyscy byli w ogóle wszystkożerni, mięsożerni i tak dalej, ja byłam jedyna, ale on był starostą, no i często chodził tam do kuchni, no bo wiadomo, musiał dbać, aby na stole nie brakowało alkoholu, bo było to wesele alkoholowe, więc ja też jako jedna jedyna nie piłam oprócz dzieci (i to też było mega fajne doświadczenie właśnie obserwować tych ludzi, którzy jedzą wszystko, którzy potem piją ten alkohol, no ale to już ich wybór). A wracając do mojego męża, poszedł do tej kuchni i tam panie przygotowywały właśnie wydawanie posiłków, i jedna mówi do drugiej, bo ja też miałam jakąś sałatkę, taką jedną owocową, jedną po prostu taką warzywną. I mówi: „To dla tej pani, co nic nie je”. Takie padło hasło na kuchni. A mój Przemek (one nie wiedziały, że to jest mój mąż), on tak się odwraca i mówi tak: „Moja żona je wszystko, proszę pani, tylko że surowe”. I zaczął im dawać wykład, co to jest surowe odżywianie i dlaczego ona tak je, jaka ona jest zdrowa i piękna i w ogóle. Także był taki dumny z tego powodu i powiem, że ja też byłam z niego dumna.
On w ogóle się bardzo tym chwali, w takim pozytywnym tego słowa znaczeniu, że jak gdzieś się spotkamy ze znajomymi czy po prostu poznajemy kogoś nowego, to on mówi: „Moja żona to się tak odżywia i ona robi takie posty sokowe, no i zobaczcie, jaka ona jest piękna, zobaczcie, ona w ogóle nie wygląda na 36 lat, ona wygląda, jakby miała 27!”. No i chodzi i tak wszystkim opowiada, no taki jest śmieszny w tym, ale kochany. Także bardzo się cieszę, że tak to rozumie i że jestem taką jego wizytówką, jak to się mówi, że kobieta powinna być wizytówką mężczyzny, no i on tak uważa i po prostu wszystkim się chwali tym.
Aga: Cudownie! Ale wiesz co, ja to potwierdzam, bo miałam dosłownie bardzo podobnie. Mój mąż jest bardzo zainspirowany od początku, ale nigdy tak na niego nie naciskałam: o jogę, o medytację. I on jakby sam do tego dochodził. Także, kiedy my odpuścimy, kiedy damy im przestrzeń i robimy sobie to dla siebie, to tak, to przychodzi. Także zawsze jak sok wyciskam, to się pytam, czy chce soku – i zawsze chce. I też jak jakieś posty robimy, także on też ze mną robił wszystkie posty, wiesz, te dziesięciodniowe, jedenastodniowe, nawet suchy post ze mną zrobił raz trzy dni. Wszystko wypróbował i też opowiada wszystkim tak samo. Ale też wraca do swoich takich normalnych nawyków, także on stara się, ale też jeszcze wraca, jak gdzieś tam jest u znajomych, gdzieś z kolegami czy cokolwiek. No ale już też czuję różnicę. Ale do czego dążę – do tego właśnie, żebyśmy nie zmieniały tych naszych najbliższych, mężów, partnerów, partnerek i tak dalej, tylko właśnie róbmy, co robimy, a oni tym bardziej się inspirują, im mniej naciskamy i im mniej ich namawiamy na to.
Alicja: Właśnie. Namawianie też jest takie, że zaraz odpychamy, więc nie namawiamy ich, po prostu robimy swoje. Także to jest takie, ja też to potwierdzę, niesamowite. Tak, to jest inspiracja i ludzie czują to i widzą tę energię.
Jeszcze miałam jedną sytuację, właśnie na tym weselu, jak mogę opowiedzieć, to podeszła do mnie dziewczyna, która mówi: „Wiesz co, ja musiałam do ciebie przyjść i ci to powiedzieć, bo jest tutaj, nie wiem, 110 osób na tym weselu, a od ciebie bije taki promień światła, wyglądasz po prostu jak istota nie z tej ziemi! Wszyscy są tacy nijacy, a ja nad tobą widzę (gdzie ona nie jest osobą jakąś praktykującą medytację i tego typu rzeczy), jakby taki właśnie promień światła się unosi, wyglądasz jak taki soczysty owoc”. I ona mówi: „Czy ja mogę sobie tutaj z tobą posiedzieć i potrzymać cię za rękę?”. A ja mówię: no jasne, pewnie. No i zaczęłyśmy rozmawiać i chyba siedziałyśmy 20 minut, ona cały czas siedziała i trzymała mnie za rękę. I mówi: „Boże, czuję się z tobą jak z najlepszą przyjaciółką! Bije od ciebie takie ciepło! Ja musiałam przyjść i ci to powiedzieć i ja bardzo cię przepraszam, nie pomyśl sobie, że jestem jakaś crazy”. To było takie doświadczenie wow, że to naprawdę widać. I to jest fajne właśnie. Czasem dziękuję za to doświadczenie, że mogę wejść w taką przestrzeń osób, którymi na co dzień się nie otaczam, czyli które właśnie jedzą wszystko, piją alkohol itd. i żyją takim przyziemnym trochę życiem, i że naprawdę oni czują, że jesteśmy jakby, nie mówię, lepsze, bo nikt nie jest lepszy, nikt nie jest gorszy, tylko faktycznie jacyś tacy inni, i ich to ciekawi, bo sami przychodzą i mówią takie rzeczy, no i potem się pytają: „Ale jak to, jak tak można? Tak można żyć, można tak funkcjonować?”
Dieta surowa na co dzień
Aga: Dokładnie. A powiedz, Alicjo, jak ty właśnie teraz jesz, tak na co dzień? Bo tutaj mówimy o postach sokowych i wiemy, że robisz sobie takie posty, ale jak tak na co dzień, kiedy nie masz postu, to jak teraz jesz? Jak wygląda twój dzień?
Alicja: To była też droga, bo te produkty mi stosunkowo po kolei odpadały. Na początku wiadomo, zaopatrzyłam się w dehydrator, robiłam różnego rodzaju wrapy, chlebki takie surowe, różnego rodzaju burgery – wszystko z tej pulpy, z tej resztki soków, która mi zostawała z dodatkiem siemienia lnianego, różnych przypraw, jakiegoś słonecznika. No bo jednak jeszcze gdzieś w głowie było to, że psychicznie jedząc takie mięsko w sałatce, to wydawało się, że człowiek się bardziej naje, ale to wszystko pomalutku, pomalutku mi zaczęło odpadać. Ja nie robiłam niczego na siłę, broń Boże! Nie odstawiałam jakichś produktów, bo gdzieś wyczytałam albo u kogoś usłyszałam, kto już był dłużej na tej ścieżce, że to jest niezdrowe, że to połączenie jest niefajne itd. Nie. Ja zaufałam sobie, swojemu procesowi. Wiedziałam, że jeśli mam na coś ochotę i mój organizm chce to jeść, to znaczy, że coś z tego warzywa czy z tego produktu musi po prostu sobie jeszcze dla siebie przyjąć. I faktycznie tak było, że z biegiem czasu, z każdym kolejnym postem sokowym, odrzucało mnie np. od jakiegoś produktu. Ale nie mówię, że nigdy do niego nie wrócę.
I teraz w zasadzie jestem w 80% na samych owocach, czyli dzień zaczynam od soku. I też na początku, jak piłam soki, to one były bardzo takie namieszane, potrafiło tam być nawet i 10 składników. Były to z reguły takie, na początku drogi właśnie, zielone soki, dużo tam było szpinaku, jarmużu, ogórka, jakieś limonki, pomarańcza do tego, takie bardzo sycące soki. Teraz są to soki w zasadzie jednoskładnikowe albo dwuskładnikowe maksymalnie. Później jest jakaś miska owoców i w ciągu dnia też jeszcze się napiję jakiegoś soku, przegryzę owoc i na koniec zjem sobie jakąś sałatkę, taką bardziej warzywną: roszponka, pomidor, ogórek, papryka – w zasadzie wszystko, co mam w lodówce i na co mam ochotę.
Czasem to jest dzień na samych owocach, czasem zjem dwie sałatki w ciągu dnia, bo na przykład taką czuję potrzebę. To jest wszystko uzależnione od tego, co mi mój organizm podpowiada. Ale z reguły czuję się na przykład dużo lepiej na owocach, już też to zaobserwowałam (bo ja bardzo lubię siebie obserwować, że np. jak zjem jakiś pokarm, to jak się potem po tym czuję, mój organizm mi to fajnie pokazuje). I na przykład zauważyłam, że na owocach jest super, a na przykład już jak zjem tę sałatkę taką warzywną na wieczór, to mam wzdęcia, mimo że nie jest tam naprawdę namieszane, albo właśnie mnie wzdyma i czuję, że ten brzuch jest taki twardy. To też mi pokazuje, że chyba jestem stworzona do samych owoców. No na razie lubię jeszcze słone rzeczy zjeść, czyli taką sałatkę. Więc też po prostu sobie na to pozwalam.
Aga: Więc taką sałatkę doprawiasz jakimś dressingiem?
Alicja: Tak, robię dressing, robię różne dressingi, w zależności też, na jaki mam ochotę. Ostatnio robiłam fajny dressing: awokado zblendowałam z suszonymi pomidorami i z odrobiną wody, i on się zrobił taki fajny, kremowy. Troszkę daję pieprzu ziołowego, bo lubię, soli też czasem daję, bo jednak używam takiej kłodawskiej. Zresztą jej jest tak mało w ciągu dnia w moich posiłkach, więc zawsze do tego dressingu sobie dodam. Wcześniej jeszcze robiłam (teraz już jakoś mi też odpadł) taki dressing z nerkowców, czyli namoczyłam je, na przykład od rana moczyłam nerkowce w wodzie, żeby były takie miękkie, potem to blendowałam i też po prostu tam dawałam pieprz ziołowy, sól, trochę wody, soku z cytryny i wychodził taki kremowy, biały sos do sałatki.
Bardzo też lubię trochę oliwy z oliwek, takiej tłoczonej na zimno, i do tego troszeczkę syropu z agawy, czyli żeby było takie poczucie słodkości, i też troszkę pieprzu ziołowego, jakieś papryczki ostre, i to jest taki słodki z ostrym przełamany, właśnie do polania na przykład takiej sałatki: rukola, do tego gruszka i taki właśnie słodko-ostry dressing, można sobie jeszcze orzechy tam położyć.
Aga: Ale tutaj narobiłaś nam smaków teraz! Zresztą ja polecam Wam wszystkim twoje konto na Instagramie, które nazywa się surowo.mi. Tam jest też bardzo dużo inspiracji. Także ja tam sobie też czasami zaglądam właśnie do twoich przepisów, tam pokazujesz, co jesz i tak dalej.
Alicja: Ostatnio właśnie mało wrzucam, bo nie miałam przestrzeni przez tę moją przeprowadzkę i te zmiany, które u mnie były, ale jak już się znowu przeprowadzę, to chcę nakręcić taką serię odcinków typowo właśnie o gotowaniu różnych posiłków, bo uwielbiałam to robić. No i potem jakoś przestałam, ale na pewno do tego wrócę, bo wiem, że potrzebujecie tego, żeby się właśnie gdzieś tam inspirować.
Stare pokusy na nowej diecie
Aga: Tak, koniecznie, koniecznie! Powiedz, Alicjo, czy zdarza ci się zjeść coś takiego jednak z takich starych rzeczy? Nagle masz ochotę na ser albo chleb, jakieś pierogi u mamy, ruskie.
Alicja: Nie, właśnie że nie czuję kompletnie takiej potrzeby. Ja ogólnie jestem osobą taką, że jak już sobie coś postanowię, to nie robię tego na siłę, tylko po prostu, bo to wewnętrznie poczuję z serca. I tak samo, jak było właśnie z odrzuceniem mięsa, ja to zrobiłam z dnia na dzień. Nie było w ogóle takiej opcji przejściowej, że ograniczę jedzenie albo będę jadła, nie wiem, dwa razy w tygodniu, a potem raz w tygodniu – nie, po prostu wstałam któregoś pięknego dnia i powiedziałam: ja już nigdy więcej nie zjem mięsa. Po prostu to do mnie przyszło i ja już nigdy więcej nie zjadłam mięsa. I tu jest podobnie.
Dwa albo trzy razy podczas całej mojej ścieżki zjadłam pieczonego batata i dynię. To było, powiedzmy, takie przetworzone, z piekarnika. Ktoś by pomyślał: no crazy, zjadła z piekarnika dynię! Ale dla mnie to było na przykład coś takiego ekstra, powiedzmy, co zjadłam. A tak to nie, póki co. Nie czuję w ogóle takiej potrzeby. Nie powiem, że nigdy nie będę miała takiej potrzeby, jeśli będzie to za mną chodziło długo. Jak na przykład jest się na sokach i faktycznie gdzieś jeszcze te stare smaki wracają, to tylko na przykład będę czuła, że jeden dzień, drugi, piąty, dziesiąty dzień coś za mną chodzi, że ja chcę to zjeść, to nawet może wtedy po prostu to zrobię i na pewno się tym podzielę, bo to będzie super ekstra kolejne doświadczenie w moim życiu, ale automatycznie u mnie też zacznie się właśnie ta obserwacja tego ciała, jak ja na to zareagowałam. Bo może się akurat okaże, że zareagowałam na to dobrze i nie będę miała żadnych dolegliwości z tego powodu, chociaż wydaje mi się, że już moje jelita są na tyle czyste, że pewnie by zaraz się odezwały, że coś nam tutaj niefajnego dajesz, koleżanko.
Aga: Wiesz co, ja tak zrobiłam, tak mi się czasami zdarza, to się przyznaję do tego, że właśnie takie stare smaki, które kiedyś bardzo lubiłam i mi to wraca, i czasami właśnie spróbuję i zjem. Pierwsza rzecz jest taka, że w ogóle to nie smakuje mi tak, jak ja myślę. Jakby ten smak zupełnie się zmienia. A potem też czuję od razu senność i w ogóle, także fajnie tak jak Ty mówisz i to jest taka obserwacja, ale ja nie karzę się za to, w tym sensie, że nie mam poczucia winy, tylko właśnie wtedy takie: okej, spróbowałam i już wiem, że to nie ma sensu. Wiesz, zamiast tego, żeby miało to za mną chodzić.
Zmiany w ciele na diecie surowej
A powiedz, Alicjo, jakie są zmiany fizyczne w twoim ciele? Bo powiedziałaś, że zmieniła ci się trochę sylwetka. Czyli jakie tutaj zauważyłaś właśnie różnice od tego czasu, kiedy zaczęłaś jeść tak na surowo?
Alicja: Tak, więc na pewno waga poleciała, to zauważyłam już od razu po pierwszym poście sokowym, ale ona spadła i jakby stoi w miejscu, czyli osiągnęłam moim zdaniem taką odpowiednią wagę dla mojej sylwetki, dla mojego ciała. Nawet jak jestem właśnie na poście sokowym, ostatnio byłam 24 dni, to mi poleciało może dwa albo trzy kilogramy w dół i wiem, że to była pewnie woda, która była w organizmie. Ale ja też podczas tego postu miałam taką intencję, żeby nie schudnąć, że nie chcę, więc podeszłam do tego z takim zaufaniem i wiarą, że to się nie stanie, no i tak się nie stało.
Więc to też w zależności właśnie, jaką mamy intencję, bo to też jest ważne, żeby podchodzić do tego postu. Jak ktoś podejdzie do postu sokowego na zasadzie, że zrobię go, bo chcę schudnąć, to zadzieje się inaczej. Albo on faktycznie schudnie, ale potem nie zrozumie tak naprawdę, po co on był na tym poście sokowym, że to nie jest tylko pozbycie się zbędnych kilogramów, tylko w moim przypadku on tak naprawdę zmienił całe moje życie.
Co jeszcze z takich rzeczy? No na pewno czuję się bardzo taka lekka, wręcz mam wrażenie, że nie chodzę, a fruwam, że mam mnóstwo energii. To jest coś cudownego! Nie potrzebuję jakoś bardzo dużo snu, nie mam żadnych drzemek w ciągu dnia, nie mam spadków energii, wręcz mam więcej aktywności niż wtedy, kiedy właśnie byłam taka aktywna fizycznie, czyli chodziłam na tę siłownię. Bo nadal trenuję, nadal ćwiczę, ale oprócz tego po prostu mam wrażenie, że robię dużo, dużo więcej z takich aktywności fizycznych. Często jakieś spacery z psami, wyprawy po górach itd.
Cera na pewno zrobiła się dużo bardziej promienna.
Kiedyś, pamiętam, jak zbierało mi się na miesiączkę, to już czułam boleści w ciele, jajniki, piersi nabrzmiałe takie, że nie mogłam się dotknąć. Jakieś wypryski na twarzy, huśtawki nastroju. Teraz nie mam żadnych objawów miesiączki. Ja miałam też dość nieregularne, bardzo obfite okresy. Potrafiły trwać nawet tydzień do półtora. Teraz trwa ona dzień, maksymalnie półtora i jest bardzo skąpa i w ogóle nie czuję się, że mam miesiączkę, i nie mam żadnych objawów informujących mnie o tym, że ona nadejdzie. Po prostu przychodzi ten dzień i ona jest. Żadnych bóli, żadnych huśtawek nastroju, żadnych wyprysków i tego typu rzeczy.
Na początku też troszeczkę wypadały mi włosy, ale to jest normalne (chociaż nie u wszystkich się zdarza) właśnie na surowym odżywianiu. Bo organizm, jeśli się regeneruje, no to wyrzuca z ciała martwe tkanki, czyli m.in. też włosy, których nie potrzebuje, ale na ich miejsce wyrastają nowe, piękne. Także jak mi wypadały te włosy, nie panikowałam, bo wiem, że dziewczyny różnie do tego podchodzą, że tracę włosy, niedługo będę łysa itd. Ja do tego podeszłam też z takim pełnym zaufaniem, że wiedziałam, że tak ma być i kompletnie nie odczułam tego, że jakoś mam tych włosów mniej czy więcej. Ale widziałam, że rosną nowe.
Co jeszcze? No i tak naprawdę uśmiech, który nie schodzi mi z twarzy, może rzadko, kiedy mam jakieś gorsze dni, na zasadzie, że mam jakąś złość w sobie. Wydaje mi się, że cały czas jestem jakaś taka uśmiechnięta i czasem się mnie pytają ludzie: „Ty coś bierzesz w ogóle? Czemu ty się cały czas śmiejesz? Czemu ty jesteś radosna?” Ja mówię: no bo życie jest piękne i w ogóle, no jak można się nie cieszyć? Jest kolejny nowy dzień, jest pięknie, ale to też ma związek właśnie z tym, że ta energia od owoców, to słońce, na którym one dojrzewały, powoduje, że my to wszystko przyjmujemy. Ten żywy pokarm, który nam po prostu daje tę energię.
Aga: Tak to jest, ja to potwierdzam. Na wyjeździe jogowym ostatnio w Toskanii, gdzie było jedzenie włoskie, czułam od razu spadek energii. Powiem ci, Alicjo, jeszcze raz, ja wiem, że ty się inspirowałaś mną w sumie, bo ty mówisz, że ja jakby zainspirowałam cię postem sokowym i jogą kundalini, ale tak się stało, że teraz jesteś ty dla mnie inspiracją, więc ja bardzo często widząc ciebie na Instagramie, obserwując też twoje rozmowy z gośćmi, widzę, że jesteś piękną kobietą i naprawdę po tobie to widać, po prostu widać, jak to wszystko jest niesamowite.
Surowe jedzenie i posty sokowe – podsumowanie
Więc słuchajcie, kochani, koniecznie musicie tutaj zaglądać, na konto Alicji, surowo.mi, obserwować. Wiem, że Alicja też prowadzi różne posty sokowe, inspiruje inne osoby, także koniecznie tutaj zajrzyjcie i inspirujcie się, tu jest dużo fajnych jeszcze innych tematów i mam nadzieję, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie, bo ja mam zamiar też dzięki twojej inspiracji zastosować post winogronowy i o tym porozmawiamy, mam nadzieję, następnym razem, bo najpierw chciałabym ten post winogronowy sama przejść i potem z tobą o tym porozmawiać, ale nie ukrywam, że byłaś oczywiście dla mnie inspiracją, bo ty o tym poście opowiedziałaś, ja kupiłam swoje książeczki i tak dalej.
Także tutaj tylko już przedmowa do naszego następnego spotkania, chociaż ja jeszcze wcale nie umówiłam tego spotkania z Alicją, a już tutaj go reklamuję, więc mam nadzieję, że się zgodzisz.
Dziękuję ci, Alicjo, bardzo ci dziękuję. I ja teraz czekam na te wiadomości, kiedy się okaże, że jesteś w ciąży, i te wszystkie rzeczy się dzieją. Zresztą ten temat jest mi bardzo bliski w związku z tym, że prowadzę właśnie też i inspiruję kobiety, które chcą zajść w ciążę, które są w ciąży, na mojej innej przestrzeni, więc mam nadzieję, że tam będziesz też naszym gościem już niedługo.
Alicja: Ja również bardzo Ci dziękuję za to, że pojawiłaś się w moim życiu, że mogłam uczestniczyć w twoim kursie, że tak naprawdę odmieniłaś mnie. Powiem ci szczerze, odmieniłaś mnie i zawsze to wszystkim powtarzam, że ty byłaś osobą, która zasiała ziarenko tej zmiany. Także możesz być bardzo z siebie dumna, bo to w większej części jest właśnie dzięki tobie. Bo gdybym ja na ten post sokowy nie weszła i gdybym cię nie znalazła, jako mojej nauczycielki właśnie, jeśli chodzi o jogę, no to nie wiem, gdzie bym teraz była. No ale tak musiało być, jak to się mówi, nie ma przypadków.
Aga: Dziękuję ci kochana, naprawdę bardzo ci dziękuję. I tak – jestem dumna, jestem dumna z tego, jestem dumna ze wszystkich osób, które się zainspirowały, wszystkich nas, które coś chcemy robić i mam nadzieję, że tutaj słuchacze dotrwali do tego momentu i też Was zainspirowałyśmy do zmiany. Niekoniecznie od razu musicie przejść na stuprocentowo surowe jedzenie, ale właśnie takie zmiany krok po kroku będą idealne.
No i cóż, mam nadzieję, do następnego podcastu! Dziękuję bardzo. Jeżeli macie jakiekolwiek pytania: czy to do Alicji, czy do mnie o ten post sokowy, czy o surowe jedzenie, to bardzo chętnie Wam opowiemy. I cóż – do zobaczenia, do usłyszenia. Dziękuję ci, Alicjo!
Alicja: Dziękuję bardzo. Buziaki, pozdrawiam wszystkich!
Aga: Dziękuję. Buziaki, pa, pa.
Podcast znajdziesz na platformach:
Muzyka użyta w podcaście:
Hansu Jot – Sat Narayan Haree Narayan




0 komentarzy